top of page

Tragiczna miłość, czyli historia "pięknej Zośki" - 18+

Dzisiaj, z okazji zbliżających się Walentynek, przygotowałam wpis zupełnie inny od dotychczasowych, mający niewiele wspólnego z haftem, ale za to sporo ze sztuką, ze strojami ludowymi, a najwięcej z miłością. Niestety, tą nieszczęśliwą, która doprowadziła do tragedii. Nie jest to wpis dla osób o słabych nerwach, zatem jeśli nie lubisz czytać o sprawach kryminalnych, lepiej go pomiń.


Zofia Frontczak przyszła na świat w 1899 roku w Dłubni, wsi obecnie należącej do Krakowa i wchodzącej w skład Dzielnicy XVII Wzgórza Krzesławickie, jako chłopska córka. Już jako dziecko była niezwykle piękna: wyróżniała się oliwkową skórą, gęstymi ciemnymi włosami i przenikliwym, inteligentnym spojrzeniem. Jej urodę postanowiła wykorzystać matka Zosi, Marianna Frontczakowa, obeznana z towarzystwem krakowskiej bohemy, a także malarzami: Wincentem Wodzinowskim, Wojciechem Kossakiem oraz Piotrem Stachiewiczem. Malarze od razu proponują Zosi, by została ich modelką.


Piotr Stachiewicz - Dziewczyna w krakowskim stroju

Zofia najczęściej malowana jest w krakowskim stroju ludowym, z barwną chustą na głowie - na fali panującej ówcześnie w sztuce chłopomanii. Ludomania charakteryzowała się uwielbieniem dla folkloru i codziennego życia wsi. Wywodziła się natomiast z przeświadczenia, że stagnacja, która opanowała środowisko inteligencji oraz kryzys kulturowy spowodowany jest życiem w mieście. Postulowano zatem powrót do natury, najlepiej na wieś, to ona bowiem miała być źródłem odnowy sił witalnych i artystycznych, nadwątlonych przez ówczesny tryb życia.



Zofia bardzo szybko zyskała popularność jako modelka. Przylgnęło do niej również określenie "piękna Zośka", bowiem swoją urodą wybijała się wśród wiejskich dziewcząt. Najczęściej pozowała dla Piotra Stachiewicza, który jednak portretował ją jako blondynkę, gdyż kochał jasne włosy. Miała jedną zasadę - nigdy nie pozowała do aktów, chociaż była do tego niejednokrotnie przez malarzy namawiana. Niestety, spokojne życie pełne sukcesów nie było jej pisane.


Chociaż mogła przebierać w adoratorach, prawdopodobnie ze względu na naciski rodziny, już w 1921 roku, mając zaledwie dwadzieścia dwa lata i stojąc u progu wielkiej kariery, wyszła za mąż za szewca Macieja Palucha, mieszkańca Zesławic. Para zamieszkała w skromnym, nawet jak na warunki podkrakowskie, trzyhektarowym gospodarstwie w Dłubni stanowiącym własność Zofii. Gospodarstwo było tak skromne, by nie powiedzieć prymitywne, że młoda para żyła wspólnie w jednej izbie z dwoma cielakami.


Już przed ślubem Maciej zdobył sobie miano awanturnika i pijaka, na dodatek nieobliczalnego zazdrośnika. Początkowo również po ślubie Zosia kontynuowała karierę modelki, ograniczając się jednak do pozowania do portretów, szczególnie, że był to dobry sposób na zasilenie domowego budżetu. Praca Zosi nie podoba się jednak jej mężowi. Chociaż sam nie wnosił do sakiewki nic, nie pomagał w gospodarstwie, to dodatkowo zabronił małżonce pozowania. Głównym powodem tego zakazu była zazdrość Macieja. Ponoć koledzy od kielicha często podjudzali go sugerując, że Zosia po skończeniu pozowania oddaje się malującym ją artystom.



Był to dopiero początek gehenny młodej żony. Maciej przepijał wszystkie pieniądze, przez co Zosia chodziła boso, mimo że przecież to właśnie jej mąż parał się we wsi naprawą obuwia. Na jedzenie nie starczało. Paluch żądał od niej stałej gotowości do pożycia małżeńskiego, przez co akt w definicji pełen czułości i miłości, wywoływał w Zośce jedynie wstręt. Mimo rosnącej niechęci do męża, Zośka co roku zachodzi w ciążę i co roku rodzi kolejną córkę. Z czterech dziewczynek przeżyje jedynie dwójka.


Piotr Stachiewicz - Krakowska panna młoda

Maciej, zaniedbujący pracę szewca, nie dbający o gospodarstwo, w poszanowaniu mający własne dzieci, nie wykazywał się również jako mąż. Awantury i agresja były w domu Paluchów na porządku dziennym. Maciej niejednokrotnie bił swoją żonę - posiniaczona i pobita kobieta nie miała gdzie szukać ratunku. Mimo sytuacji w domu, Zosia wciąż próbowała ratować małżeństwo. Najpierw - rezygnując z pracy jako modelka, mając nadzieję, że uciszy to zazdrość męża, następnie - przepisując na niego 1/4 gospodarstwa.


Niestety, Maciej, deklarujący mimo wszystko miłość do żony, nie był w stanie się zmienić. Awantury i agresja nie ustawały. Odsunęli się od nich sąsiedzi i krewni. Także matka Zosi przeprowadziła się do drugiej córki. Zośka została sama ze swoim oprawcą.


Nie trwało to jednak długo. W lipcu 1926 roku Zosia Paluchowa spakowała córki oraz swój skromny dobytek i przeniosła się do ciotki, Katarzyny Żołdaniowej zamieszkałej w Krakowie. 1 września tego samego roku Zosia złożyła pozew do sądu o alimenty i odwołanie darowizny w postaci gospodarstwa. Sąd przychylił się do obu tych próśb, zezwalając jednocześnie na zamieszkanie dzieci bez ojca.


Ten jednak nie zamierzał się poddać. Wciąż nachodził Zosię, na przemian grożąc jej pobiciem, innym razem obiecując poprawę. W końcu uległa. Na jeden dzień wróciła do męża. Jednak ten, jeszcze tego samego dnia, pobił ją i groził nożem. Do Zosi chyba dotarło, że tego małżeństwa nie da się uratować. Wróciła do Krakowa, a, skądinąd, swoje gospodarstwo odwiedzała raz w tygodniu - z obstawą i workiem, do którego szybko ładowała ziemniaki lub inne plony, którymi mogła nakarmić córki.


Piotr Stachiewicz - Mleczarka

Maciej nie zamierzał przestać zatruwać życia żonie. Cały czas groził sąsiadom i krewnym Zofii, że jeśli będą wtrącać się w ich życie, to ich pozabija. W końcu, ciotka Zosi, mając w pamięci fakt podpalenia przez Macieja czyjegoś domu, wymówiła Paluchowej mieszkanie, a ta w efekcie zamieszkała u Wiktorii Wilkoszowej. Wiosną 1927 roku Maciej przestał wypłacać żonie alimenty. Przyparty do muru przez Zofię stwierdził, że gotówkę otrzyma od znajomego w niedługim czasie, zatem Zośka może po nią przyjść w niedzielę 15 maja. Poprosił jednocześnie o cofnięcie pozwów o separację i odwołanie darowizny. Słysząc odmowną odpowiedź, wykrzyknął: "W krótkim czasie i tak cię jasny piorun strzeli w samo serce!".


Mimo tej pogróżki, Paluchowa 15 maja zawitała do Dłubni, jak to było umówione. Sąsiedzi widzieli ją, jak około godziny 14 weszła w zabudowania swojego gospodarstwa. To był ostatni raz, gdy piękną Zośkę widziano żywą.


Wincenty Wodzinowski - Portret góralki

We wtorek, 17 maja, zaniepokojona gospodyni Paluchowej, Wiktoria Wilkoszowa, zgłasza na posterunku policji zaginięcie dziewczyny. Organy władzy nic sobie z tego nie robią. Wiadomość o zaginięciu Zosi trafiła jednak do jej matki. Dopiero po jej interwencji i sugestii, że córka zginęła z rąk męża dziewczyny, policja przystąpiła do poszukiwań. Po stwierdzeniu, że nikt nie widział Zofii wracającej od męża do Krakowa, postanowiono złożyć Paluchowi wizytę. W wielu miejscach domu znaleziono świeże ślady krwi. Były między innymi na komodzie, na skrzyni, na wewnętrznej stronie drzwi oraz na ziemi, przysypane popiołem. Ubrania Palucha, choć świeżo wyprane, nosiły na kieszeniach ślady krwi. Przy piecu znaleziono siekierę, z dokładnie wymytym styliskiem. W sieni odkryto kolejne ślady krwi - krwawe odciski palców oraz całej dłoni. Podobne ślady znaleziono w stajni. Szwagier Palucha zeznał, że 16 maja widział Palucha myjącego skrzynię i siekierę. Co ciekawe, Paluch widziany był również 17 maja, gdy mył dokładnie tę samą skrzynię.


W obliczu takich dowodów, wobec Palucha zastosowano areszt tymczasowy. Podczas przesłuchiwań twardo twierdził, że Zofia wyszła od niego około godziny 19 w niedzielę. Zaprzeczał, że znaleziona w domu krew jest krwią ludzką, raz twierdził, że to jemu poszła krew z nosa, innym - że to krew po cieleniu krowy. Wypierał się również aktów agresji wobec małżonki.


Śledczy szybko jednak zabezpieczyli materiał dowodowy i ustalili, że krew, zarówno ta w izbie, jak i na ubraniu Palucha, na pewno jest krwią ludzką. Poszukiwania ciała Zofii w obrębie gospodarstwa nie przynosiły jednak żadnego rezultatu.


Sąsiedzi zaczęli zeznawać na niekorzyść Palucha. Wielu z nich stwierdziło, że widziało go jadącego wozem pełnym siana zaprzężonym w jednego konia, inaczej niż do prac w polu, gdzie potrzeba pary zwierząt. Kto inny dostrzegł na nogach konia świeże błoto. Dało to podstawy do stwierdzenia, że Paluch pod osłoną nocy wywiózł zwłoki żony na wozie i gdzieś je ukrył. Policja zaczęła przeszukiwać koryto rzeki Dłubni, znajdującej się od domostwa Paluchów jedynie o 800 kroków. Bardzo szybko z rzeki zaczęto wyławiać makabryczne znaleziska, a mianowicie ludzkie wnętrzności i rozczłonkowane kobiece zwłoki.


Biegli sądowi orzekli, że należą one do kobiety, w wieku Zofii i jej wzrostu, o ciemnych jak ona włosach, i jak Zofia z wystającym drugim palecem u nogi. Biorąc pod uwagę fakt, że w okolicy nie zgłoszono żadnego innego zaginięcia, a stan zwłok wskazywał zabójstwo w dniu zaginięcia Zofii, uznano, że ciało należało do niej. Nie było możliwe okazanie i rozpoznanie ciała na podstawie rysów twarzy, bowiem głowy Zofii nie odnaleziono do dnia dzisiejszego.


Eksperci orzekli, że śmierć nastąpiła poprzez uraz czaszki zadany narzędziem. Dowodziły tego rozległe zatory tłuszczowe w płucach denatki pochodzące ze zmiażdżonych kości czaszki. Następnie, już po śmierci, ciało rozczłonkowano za pomocą siekiery i noża.


Mimo braku przyznania się do winy Palucha, 17 listopada 1927 roku Prokuratura przy Sądzie Okręgowym w Krakowie wniosła akt oskarżenia przeciw niemu o zbrodnię morderstwa. Rozprawa toczyła się od 1 do 8 grudnia 1927 roku. Sala rozpraw wypełniona była światkiem malarskim Krakowa, tłumem krewnych i znajomych Paluchów, studentów oraz osobami zainteresowanymi całą sprawą. A że była to sprawa głośna, niech świadczy fakt, że pisano o niej w gazecie - Ilustrowanym Kurierze Codziennym.



Podczas rozprawy Paluch nie przyznawał się do stawianych mu zarzutów. Twierdził, że to żona była winna rozpadowi pożycia małżeńskiego. Że wolała chodzić do malarzy, kosztem czego zaniedbywała gospodarstwo oraz własne dzieci. Że wszystko marnotrawiła. Że jej matka pijaczka cały czas buntowała córkę przeciwko mężowi twierdząc, że jest zwykłym "chamem, parobkiem, chłopem". Że żona wmawiała mu chorobę psychiczną i raz, podstępem, zaciągnęła go do zakładu dla obłąkanych. A on? A on przynosił jej ciasta, szynkę, wina i drób, na którym mogła gotować rosół. Na pytanie, dlaczego się z nią ożenił, odparł: "Z miłości i litości". Prawdziwy anioł.


Mimo wielu zaniedbań policji, które wyszły na jaw w trakcie posiedzeń sądu, rozprawy nie przerwano. Przysięgli jednak nie byli w stanie odpowiedzieć na pytanie: Czy oskarżony popełnił morderstwo? 6 głosów padło za morderstwem, 6 przeciw. Na pytanie o zabójstwo przysięgli jednogłośnie wydali werdykt skazujący. Paluch został skazany na 15 lat ciężkiego więzienia, obostrzonego twardym łożem co miesiąc oraz ciemnicą każdego 15 maja, w rocznicę popełnienia zbrodni. Po odwołaniu się Palucha, karę skrócono do 12 lat, pozostawiając jednak resztę obostrzeń.


Sprawdziło się jednak powiedzenie, że złego diabli nie biorą. 27 października 1931 roku Paluch złożył prośbę do Prezydenta RP o ułaskawienie, w której przyznawał się jednocześnie do zabójstwa żony. 14 lipca złożył wyjaśnienie, podczas którego twierdził, że żonę uderzył prawidłem do butów, gdyż ta groziła mu siekierą. Ponieważ żona od uderzenia zmarła, postanowił ukryć zwłoki. Chociaż wyjaśnienia te nie pokrywają się w żadnym stopniu z zabezpieczonymi w gospodarstwie dowodami, 24 grudnia 1937 roku, po dziesięciu latach odsiadki, Paluch wyszedł przedterminowo z więzienia.


Na wieś nie wrócił. Przez chwilę przebywał w przytułku Braci Albertynów w Krakowie, potem handlował szmatami, pustymi flaszkami, sprzątał też w zakładzie fryzjerskim. Pod koniec życia stał się "dziadem kościelnym" przy kościele św. Marka. Trudnił się też skupem szmat i makulatury. Mieszkał w suterenie, niedaleko swojej szopy z dobytkiem. To właśnie w niej 9 lipca 1960 roku znaleziono go nieżywego wśród tlących się gałganów. Zmarł na skutek zatrucia tlenkiem węgla.


Rzeka Dłubnia, w której znaleziono zwłoki Zosi, jeszcze przez długi czas zwana była Paluchówką. Nie jest to jednak jedyna spuścizna pięknej Zośki. W wielu mieszkaniach w Polsce i za granicą wiszą na ścianach obrazy, do których pozowała. Niektóre z nich trafiły do muzeów, inne cieszą oczy miłośników sztuki w zwykłych czterech ścianach. Przypominają o olbrzymiej tragedii dwudziestoośmioletniej kobiety, matki czwórki dzieci. Przez podjęcie jednej decyzji i związanie się ze skromnym szewcem, jej los został przypieczętowany. Czy gdyby nie spotkała Palucha, jej życie potoczyłoby się inaczej? Czy miała szansę zostać sławną modelką, odłożyć wystarczająco dużo pieniędzy, by wieść dostatnie życie w Krakowie? Czy gdyby żyła w dzisiejszych czasach, spotkałby ją inny los? Czy dzisiaj znalazłaby schronienie przed mężem pijakiem? Czy ktoś podałby jej pomocną dłoń?


Tego nie dowiemy się już nigdy.



Piotr Stachiewicz - Krakowianka

Źródło:

  1. Stanisław Salmonowicz, Janusz Szwaja, Stanisław Waltoś, Pitaval krakowski; Towarzystwo Autorów i Wydawców Prac Naukowych UNIVERSITAS; Kraków 2020.

 

Jeśli jesteś kobietą doświadczającą w swoim życiu przemocy, możesz znaleźć pomoc w następujących miejscach:

Pamiętaj, nie jesteś sama!



 

Mam nadzieję, że dzisiejszy wpis będzie dla Ciebie pomocny. Jeśli tak właśnie jest, zapraszam do lektury innych wpisów na blogu, znajdziesz tutaj wiele ciekawostek ze świata haftu oraz porady, jak samemu zacząć przygodę z tą techniką :) Będzie mi również miło, jeśli poślesz ten post dalej i dasz o nim znać znajomym! A jeśli chcesz wesprzeć moją działalność, może postawisz mi wirtualną kawę? Wiadomo, że przy ciepłym naparze lepiej się pracuje! :D Wystarczy, że klikniesz w link poniżej ;) Z góry dziękuję i do usłyszenia!



Comentarios


Mereshka Shop Paulina Pleskot

Hej! Miło Cię widzieć!

Mam na imię Paulina i od 2018 roku zajmuję się haftem ręcznym. Uwielbiam haftować realistyczne zwierzęta oraz tworzyć wartościowe, edukacyjne treści, by przybliżyć tę piękną dziedzinę sztuki innym. Zapraszam do buszowania po blogu i zgłębianiu tajników haftu ;)

Czytaj dalej

Podoba Ci się to,
co robię?

Możesz wesprzeć mnie

poprzez postawienie wirtualnej

kawy lub zostanie Patronem w serwisie Patronite:)

Property1Variant3_8a7661fba9.png
bottom of page